A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 12 .    

    - Chcę oglądać filmy, mamusiu, chcę oglądać filmy.

    Pielęgniarka ze Żłobka uwijała się dookoła chłopca, na jej twarzy jaśniał ciepły uśmiech. Przytuliła go i wcisnęła guzik; ściana zatrzeszczała i stała się ekranem, na który wyskoczyli bohaterowie kreskówki. Czternastolatek zachichotał z zadowoleniem.







    Rodzice Bet sprzedali ją Kompanii kilka dni wcześniej.

    Ceną było anulowanie ich kontraktów, aby para Migów mogła opuścić Vulcan. Obie strony uważały to za świetny interes.

    Zwykle Kompania wolała, aby dzieci Migów wyrastały na Migów - mężczyzn i kobiety. Ale istniały pewne wyjątki, których ciągle poszukiwano. Psycholog Kompanii, który przeprowadzał testy Bet, aż gwizdnął na widok wyników. Przedstawiciele Kompanii odwiedzili ojca i matkę Bet. Rodzice powiedzieli jej, że idzie w znacznie lepsze miejsce. Pocałowali ją i położyli do łóżka. Obudziła się w Żłobku, otoczona przez znacznie młodsze dzieci. Kompania zwykle zabierała dzieci w wieku około pięciu lat, ale wyniki Bet zrobiły na nich wrażenie. Zdecydowali, że spróbują z ośmiolatką.

    Po raz pierwszy w życiu Bet była otoczona miłością i uwagą. Żłobkowe Matki przytulały, całowały, dawały zabawki. Niewiele przewinień powodowało kary albo ostre słowa. Mimo wszystko Bet nie ufała Matkom nawet przez chwilę. Nikt nigdy tego nie odkrył, ponieważ Bet od najmłodszych lat nauczyła się siedzieć cicho, odpowiadać tylko na pytania, i zawsze wykonywać polecenia.

    Sporo czasu zabrało jej odkrycie, co ją tak przeraża. To były te inne dzieci... jej towarzysze zabaw.







    Sten przecisnął się za Bet i spojrzał w dół na magazyn. Wyglądał dokładnie tak, jak na modelu Orona. Piętrzące się stosy skrzynek i walców służących do przewożenia towarów, wypełnione wszystkim - od ubrań po luksusowe artykuły żywnościowe dla Techów i Execów. Było to miejsce, do którego nie musiała zaglądać istota ludzka - w legalnych celach - ponieważ wszystkie prace wykonywały tu roboty, od małych urzędników inwentaryzacyjnych po olbrzymie, o mózgu idioty, ładowarki.

    Bet i inny Buntownik zaczęli szukać systemu alarmowego.

    Oron omówił plan ze Stenem, a potem poprosił o sugestie.

    - Nie, Sten - powiedział po wysłuchaniu ich. - W ten sposób... nie zabezpieczysz sobie drogi ucieczki. Patrz.

    Jego palec wskazał odpowiednie miejsce na modelu.

    - Blokujesz kratami wyjścia. Ale nawet jeśli wiesz, że są zamknięte, nadal musisz... myśleć o tym, że ktoś może tamtędy wejść. Powinieneś się z tym liczyć. Mieć inne...

    Szukał odpowiedniego słowa.

    - Taktykę. Jeśli jesteś Buntownikiem, musisz znać taktykę. Nawet jeśli plan wydaje się doskonały... pamiętaj o tym, że... coś może nie wyjść. Nie wolno ci wpakować się w sytuację, z której... nie ma odwrotu.

    Sten skinął głową. I Oron zaczął pokazywać mu, jak zabezpieczyć tyły.

    - Zrobimy tu tylne drzwi... posterunek wartowników tutaj... i tutaj.

    Bet znalazła pierwszy alarm i unieszkodliwiła go. Inny Buntownik zdążył już zdjąć ekran z kanału. Lina spłynęła w dół i minutę później stali już na podłodze magazynu.

    Bet skinęła na Stena, aby towarzyszył jej do terminala komputerowego. Trójka pozostałych zaczęła szukać następnych czujników alarmowych.

    - Nie możemy zostawić żadnych śladów naszego pobytu zaszeptała.

    Jej palce śmigały po klawiszach terminala. Najpierw wywołała program dotyczący czujników alarmowych i rozkazała wykrywaczom ciała ludzkiego, aby nie "widziały" ich obecności. Potem zajrzała w "Spis inwentarza". Studiowała go uważnie, zrobiła parę notatek i zamknęła listę.

    - Możemy brać tylko te rzeczy. Nikt nie będzie za nimi tęsknił. Dała sygnał innym i zabrali się do roboty, metodycznie zbierając swoje łupy.

    Gdy jeden z nich dźwigał ostatnią skrzynkę do stosu zdobyczy, ustawionego przy otwartym wylocie, inni usłyszeli lekki, skrzeczący odgłos. Poszukali schronienia, gdy hałas stawał się coraz głośniejszy.

    Robot - strażnik wytaczał się zza rogu, czułki miał wyciągnięte w poszukiwaniu oznak obecności ludzi. Buntownicy wstrzymali oddechy, gdy czułki przeszukiwały teren dookoła. Wreszcie zostały wciągnięte i robot potoczył się w kierunku wyjścia.

    Nagle zapiszczał i stanął. Jeden z ludzi zdusił jęk. Zostawił skrzynkę stojącą na środku podłogi, gdy uciekał z pola widzenia. Szum zasilania robota wzmógł się. Z korpusu wyłonił się paralizator i czujniki strażnika przeszukiwały magazyn, szukając celu. Nie włączył alarmu. Ale nie miał jeszcze pewności. Chociaż to mało prawdopodobne, jakiś zepsuty mechaniczny robotnik mógł zostawić tę skrzynię poza ułożonymi starannie stosami.

    Bet obróciła się do Stena. Wskazała w górę na wysoki stos pojemników. Wysunęli się ze swojego ukrycia i prześlizgnęli w kierunku stosu. Dziewczyna wspięła się na ramiona Stena, znalazła miejsce na stopę i kontynuowała drogę na samą górę. Osiągnęła szczyt i przypadła do skrzynek, gdy jedna z nich głośno zatrzeszczała pod nogą.

    Robot obrócił się w stronę dźwięku.

    Przerażona Bet podniosła ciężki pojemnik i zrzuciła go na dół. Broń robota podniosła się i spadający pojemnik roztrzaskał się na niej. Cały magazyn wypełnił się najbardziej odrażającym smrodem, jaki Sten kiedykolwiek czuł. Z pojemnika wydobył się płyn, który zmoczył robota. Maszyna zaczęła natychmiast kręcić się dookoła własnej osi.

    Sten złapał spadającą Bet. Dławiąc się smrodem zakryli usta i nosy. Rozpoznali ten zapach jako syntetyczne, stężone piżmo. Z mechanicznym jękiem robot zatrzymał się w swoim szaleńczym wirowaniu i wyciągnął broń, wymachując nią niepewnie.

    Sten popatrzył na Bet, która uśmiechnęła się i odważnie wyszła zza stosu wprost w pole widzenia robota. Nawet jej nie zauważył. Sten podążył za dziewczyną, gdy szła niedbale tam, gdzie ukrywali się inni. Wszyscy zaczęli ciągnąć łupy do otworu. Za nimi robot nadal niezdecydowanie wymachiwał bronią.







    Bet nienawidziła swojej lalki. Zabawka była miękka i przytulna, zaprogramowana do roli najlepszego przyjaciela małej dziewczynki. Bet dostawała gęsiej skórki trzymając ją blisko siebie.

    Miała już dziesięć lat i została przeniesiona na Oddział B, na drugi etap. Matki Żłobka nadal rozdzielały miłość, ale teraz używano jej jako nagrody za rezygnację ze wspólnej zabawy - zachęcano dzieci do spędzania czasu w samotności. Do oglądania kreskówek.

    Bet nigdy nie pozwoliła sobie na okazanie tego, co czuje do lalki. Widziała inne dzieci, które zostały ukarane za ignorowanie czy maltretowanie tych zabawek. Zdawało się, że to jedyny grzech, jaki mogą popełnić. Nie wiedziała, dlaczego tak czuje. Jej lalka była dokładnie taka jak inne: mała dziewczynka chłopcy mieli małych chłopców - z cienkimi, długimi nogami i rękami oraz wielką głową. Na twarzy miała szczęśliwy uśmiech, dla Bet wyglądający jak grymas idioty.

    Ale pewnej nocy nie mogła już znieść tego przytulania się zabawki w łóżku i szeptu do ucha, błagania o podzielenie się dziewczęcymi sekretami. W nagłym napadzie wściekłości rzuciła nią o podłogę. Natychmiast przeraziła się. Co zrobiła najlepszego?

    - Laleczko, obudź się. Nie umieraj...

    Lalka otworzyła oczy i zaczęła mruczeć.

    - Bet, czy wszyscy są szczęśliwi?

    Bet skinęła głową.

    - Czy nie chciałabyś położyć się ze mną i przytulić mnie i mogłybyśmy.... byśmy... byśmy opowiadać sobie historyjki.

    - Tak, Laleczko.

    Podniosła ją na pryczę i posłusznie położyła się obok. Lalka wydawała się potem całkiem w porządku, nawet jeśli powtarzała się trochę.

    Tak naprawdę to zabawki te były wysoce skomplikowanymi, zdalnie sterowanymi czujnikami głównego komputera programu Żłobka. Rejestrowały wszelkie zmiany fizyczne i psychiczne. Mały aparat kontrolował bliskość, dzięki temu komputer i jego operatorzy wiedzieli, kiedy jakieś dziecko znajdowało się poza zasięgiem lalki. Miało to wielkie znaczenie, ponieważ dziecko musiało czule przytulać zabawkę, zwłaszcza w nocy. W ten właśnie sposób bowiem urządzenie precyzyjnie podawało konieczną dozę preparatu - zastrzyki zakłócające percepcję, powodujące wzrost uzależnienia emocjonalnego oraz hamujące fizyczne i emocjonalno - seksualne dojrzewanie.

    Kiedy Bet walnęła lalką o ścianę, spowodowała lekkie uszkodzenie czujników. Nadal określały ją jako dziecko na umysłowym i fizycznym poziomie dziesięciolatka, a więc stwierdzono u niej raptowne - i pożądane - zatrzymanie się rozwoju i podawano tylko minimalne ilości preparatu.

    W ciągu dwóch lat Bet zauważyła różnicę między nią a innymi dziećmi. Chłopcy mieli okrągłe policzki i nie rozwijali się. Dziewczynki nadal chichotały i bawiły się w proste gry.

    Bet nauczyła się zawsze być sama i ostatnia wchodzić pod prysznic, ponieważ jej piersi i biodra zaczęły się rozwijać. Na szczęście dojrzewała na tyle wolno, że nie wystąpiła miesiączka.

    Cały czas zdawała sobie sprawę, że coś jest straszliwie nie w porządku. Coś złego działo się z innymi dziećmi i ze Żłobkowymi Matkami. Czuła, że sprawy zmierzają ku okropnemu zakończeniu, ale nie mogła nic z tym zrobić. Była bezsilna.







    Sten pomyślał, że Bet i Fadal posunęły się odrobinę za daleko. Ubrane jak dziwki uwodziły podpitego Techa. Sten podglądał ze swojego ukrycia i kręcił głową. Nie z powodu tego, co robiły - to stanowiło część planu - ale z powodu ich wyobrażenia na temat, jak wyglądają dziwki. Nie widział takiego migotania od czasu, gdy kadź z kryształami wybuchła w Sekcji Zewnętrznej. Przysunął się bliżej i słuchał.

    - Czy wy dziewczyny nie jesteście trochę za młode, co? Tech oblizał wargi i przyjrzał im się uważnie.

    - Nie przejmuj się, ja i moja siostra mamy dużo doświadczenia.

    - Twoja siostra, co? To wspaniale. Czy jesteście pewne, że wasz tatuś nie będzie miał nic przeciwko temu?

    - A powinien? To był jego pomysł. Mówi, że jeszcze dwa lata i skończy się jego kontrakt, przy tej forsie, którą przynosimy.

    - Jego pomysł, co? No, słyszałem, że dzieci Migów dorastają szybko, ale myślałem, że to tylko bajki.

    Bet i Fadal objęły go ramionami i poprowadziły do pokoju.

    - Chodź. Zabawimy się.

    Tech zdążył się już prawie rozebrać, gdy Sten zaczął kopać w drzwi.

    - Co u diabła! Co się dzieje?

    Tech niemal dostał ataku serca. Wyglądał prawie jak owłosiona dziewica, gdy usiłował zakryć się jedną ręką, drugą macając w poszukiwaniu spodni.

    - Ale.. Ale... Co ty... Kim jesteś? Sten podniósł wielki klucz.

    - One są moimi siostrami, oto kim jestem.

    Odwrócił się do Bet i Fadal, kulących się na łóżku w udawanym przestrachu.

    - Marsz do domu.

    Wyszły szybko. Sten zamknął drzwi i zrobił krok w kierunku Techa.

    - Mam zamiar dać ci lekcję. Chciałeś zgwałcić moje siostry, .co?

    - Ale, słuchaj, one mówiły, że są...

    - Co? Teraz nazywasz je dziwkami? Mój Boże, ale ty masz tupet. - Podniósł klucz wyżej, przygotowując się do zadania ciosu w łysą czaszkę Techa.

    - Zaczekaj! - Może o tym porozmawiamy?

    Sten zniżył klucz.

    - Niby o czym?

    Tech sięgnął do kieszeni i wyciągnął swoją kartę. Machnął nią w kierunku Stena.

    - Mam dużo kredytów... bardzo dużo. Podaj swoją cenę.

    Sten uśmiechnął się. Oron miał rację. To były łatwe pieniądze.







    Głosy. Bet kręciła się nie mogąc zasnąć; dawka środków oszałamiających wstrzyknięta przez lalkę nie wystarczała dla dwunastoletniego organizmu. Bet wychyliła się ze swojej pryczy i spojrzała przez sypialnię. Światła. Ściszone mruczenie. Zaczęła wstawać, spojrzała na lalkę i zawahała się. Zabawka zawsze "wiedziała", czy jest przytulana. Ale czy wiedziała, przez kogo?

    Bet podniosła koc na następnym łóżku. I tak nie za bardzo lubiła Susi. Włożyła lalkę w jej ramiona. Wskoczyła w kombinezon i przeszła przez oddział.

    Na wpół zakazane drzwi na korytarz stały otworem. Rozejrzała się dookoła. Wszystkie dzieci były pogrążone w głębokim, narkotycznym śnie. Odetchnęła głęboko i wyszła. Centramy korytarz jaśniał światłami. Na jednym z końców dostrzegła otwarte okno od czegoś, co zapewne było laboratorium. Trzymając się blisko ściany, podkradła się tam.

    Głosy odezwały się znowu. Jeden był wysoki i dźwięczał tak, jakby należał do bardzo małego dziecka.

    - Zrobiłem to bardzo dobrze dzisiaj, prawda, tatusiu? Przesunąłem ten wielki statek aż do doku zupełnie sam. Prawda, że to dobrze?

    Zabrzmiał drugi głos. Ten był głębszy.

    - Oczywiście, Tommie. Jesteś najlepszym pomocnikiem, jakiego mamy. Powiedziałem to lekarzowi i obiecał mi, że dopilnuje, abyś dostał za to coś wspaniałego.

    - Cukierki? Dostanę cukierki? Lubię miętowe. Wiesz o tym, że lubię miętowe, prawda, tatusiu? Przyniesiesz mi trochę miętowych, dobrze?

    - Zobaczymy, synu. Zobaczymy.

    Bet zajrzała do środka. O mało nie wrzasnęła. W fotelu na kółkach tkwiło wyniszczone ciało mężczyzny. Wyglądał zupełnie jak jej lalka. Wielka głowa, spoczywająca na cieniutkiej szyi. W dłoniach trzymał gotowe do użycia narzędzia. Głowa miała bezwłosą twarz młodego chłopca, nienaturalnie powiększoną. Ten wysoki głos wydobywał się z jego ust.

    - Widziałem niektórych z tych Migów, o jakich opowiadałeś mi dzisiaj, tatusiu. Jestem naprawdę zadowolony, że Kompania nie pozwoliła mi na wyrośnięcie na coś takiego. Oni muszą chodzić i brzydko pachną. Nigdy się nie dowiedzą, jak to jest być kimś takim jak ja. Pewnego dnia będę kontrolował dźwigi, i roboty - holowniki. Są takie miłe dla mnie.

    - Oczywiście, że Kompania jest dla ciebie miła, Tommie stwierdził drugi głos. Jego właścicielem był normalny mężczyzna, ubrany w biały fartuch laboratoryjnego Techa. - To właśnie dlatego wzięliśmy cię do Żłobka, i dlatego pomagamy ci teraz. Kochamy cię.

    - Ja też cię kocham. Jesteś najlepszym tatusiem, jakiego kiedykolwiek miałem.

    Bet obróciła się cichutko i rzuciła się w głąb korytarza, mijając wejście do sypialni. Biegła. Nie wiedziała dokąd, ale nie przestawała, dopóki nie poczuła całkowitego wyczerpania. Zatrzymała się w zakurzonym, nie używanym korytarzu. Przytuliła się do ściany i w końcu pozwoliła sobie na łzy. Po chwili zauważyła, że na poziomie podłogi, w rogu, znajduje się przykryty ramą z prętami otwór kanału wentylacyjnego. Pociągnęła za to i powoli odsunęła pokrywę. Wpełzła do odkrytej w ten sposób jaskini i zwinęła się w kłębek. Jej smutek gdzieś znikł i zasnęła.

    Gdy otworzyła oczy, ujrzała przed sobą na wpół martwą, przyjazną twarz Orona:







    Wychudły Buntownik wynurzył się z kanału wentylacyjnego, potem machnął ręką za siebie. Sześciu innych zeskoczyło cicho do pustego korytarza handlowego.

    Ktoś gwizdnął; chłopak obejrzał się za siebie. Z kanału wysunął się Sten i wskazał na sklep, będący celem grupy. Chłopak przesunął się w cień i powoli poruszał się w tym kierunku.

    Sten cofnął się nieco, aby stać na straży.

    Już prawie dziewięć miesięcy pozostawał z gangiem Grona. Gron był dobrym nauczycielem i Sten szybko czynił postępy. Teraz już sam planował i prowadził łupieżcze rajdy. Był dumny z tego, że żaden z jego wypadów nie pociągnął za sobą ofiar i że bardzo rzadko powracali bez imponującego łupu.

    Wiedział jednak, że takie szczęście nie będzie trwało wiecznie. Wcześniej czy później mogą natrafić na ekipę "zamiataczy" i zostać zniszczeni. Takie było życie. Widział kiedyś, podczas zwiadu, rezultaty takiej akcji. Strażnicy nie zadali sobie nawet trudu, aby zabrać ciała. Choć szczątki były poczerniałe i wpół zwęglone, mógł stwierdzić, że Buntownicy nie umierali szybko. Zwłaszcza dziewczyny.

    Pomyślał o Bet. Nadal pozostawała - niezależnie od jego przyjaźni z Gronem - jedyną przyczyną, dla której trzymał się z gangiem. Sten kochał ją. Chociaż nigdy nie miał dosyć śmiałości, aby jej o tym powiedzieć. Ona była... Ona była... Otrząsnął się z chwilowego zamyślenia i czuwał dalej.

    Buntownicy dotarli do sklepu. Zabłysły małe, tnące palniki i kraty odpadły. Wychudły chłopak, Rabet, odwrócił palnik i wybił szybę. Inni stłoczyli się przy nim, wyciągając wystawione przedmioty i chowając je do toreb.

    Sten spojrzał w dół korytarza. Otworzył szeroko oczy. Z głębi skradał się strażnik z paralizatorem gotowym do strzału.

    Sten oblizał wargi, potem zmienił pozycję. Strażnik znalazł się tuż poniżej ujścia kanału. Sten wysunął się z otworu i skoczył na wielkiego mężczyznę, nogami uderzając w szyję. Strażnik zwalił się na podłogę, paralizator wyleciał mu z ręki.

    Chociaż tak wielki, mężczyzna ruszał się szybko. Stanął na nogach odczepiając ręczny granat. Sten wylądował przez ramię, pociągając nogi za sobą. Rzucił się do przodu, jedną stopę podniósł wysoko, oderwał się od podłoża, dołączył drugą stopę, podkurczył je, gdy palec strażnika gmerał przy zawleczce granatu.

    Nogi Stena z wielką siłą uderzyły w głowę strażnika. Jego kark pękł z głuchym chrzęstem. Gdy mężczyzna padał, Sten zrobił półobrót i wylądował na równych nogach z gotowym do użycia nożem w ręku.

    Ale nie zostało już nic do zrobienia.

    Członkowie Gangu spojrzeli na martwego strażnika, pośpiesznie zebrali resztę rzeczy z wystawy i wsunęli się z powrotem do kanału.

    Gdy Rabet wczołgiwał się w otwór, pokazał Stenowi uniesiony w górę kciuk i uśmiechnął się szeroko.







    Sten kręcił się niespokojnie w swojej pryczy. Nie mógł zasnąć. Ciągle myślał o strażniku, którego zabił, i o poszarpanych ciałach Buntowników, umierających po długiej agonii. Musiał wydostać się z Vulcana. Musiał zabrać Bet ze sobą. Ale jak? W myślach obracał różne plany. Wszystkie już wcześniej dokładnie rozważone. Wszystkie bez szans na powodzenie. Jednak musi być jakieś wyjście.

    Coś zaszeleściło. Odwrócił się i Bet wślizgnęła się przez kotary do wnętrza pokoju.

    - Co ty robisz?

    Miękka dłoń opadła na jego usta, uciszając głos.

    - Czekałam każdej nocy. Na ciebie. Nie mogłam już dłużej. Bardzo powoli zabrała rękę, potem ujęła dłoń Stena i położyła na zamku swojego kombinezonu. W chwilę później strząsnęła ubranie z ramion i pozwoliła mu opaść na podłogę. Pod spodem była naga.

    Stanęła naprzeciwko Stena i zaczęła rozpinać mu ubranie. Odsunął jej rękę.

    - Zaczekaj.

    Sięgnął za siebie i wyciągnął coś spod poduszki. Mały tobołek. Rozłożył go. To była długa, lejąca się suknia. Błyszczała i lśniła kalejdoskopem kolorów.

    - To dla ciebie. Prezent.

    - Jak długo to masz?

    - Bardzo długo.

    - Och... Założę ją. Później.

    Znalazła się w jego ramionach i osunęli się na łóżko. W zupełnej ciszy.







    Bet szła za Stenem w dół ciasnego kanału. Zwęził się jeszcze, i musieli zgiąć się wpół. Nie miała pojęcia, dokąd idą. Sten powiedział, że to niespodzianka. Minęli zakręt i kanał skończył się metalową ścianą.

    - To nie jest niespodzianka - powiedziała. - To ślepy zaułek.

    - Zobaczysz.

    Sten wyjął kieszonkowy palnik i zaczął ciąć. W parę minut zrobił "drzwi", które tylko strzęp metalu trzymał na miejscu.

    - Zamknij oczy.

    Bet zrobiła to i usłyszała świszczący odgłos tnącego dalej palnika i głośny stuk, gdy "drzwi" upadły.

    - Możesz już otworzyć oczy.

    I Bet zobaczyła "pejzaż" po raz pierwszy w życiu. Miękki trawnik łagodnie opadał ku małemu jeziorku. Wysokie zielone rzeczy, które, jak pomyślała, były pewnie drzewami, i na końcu jeziora mały - czyżby z drewna? - domek, zbudowany w starym stylu. Komin, delikatny dymek. Jak na obrazku. Sten pociągnął ją i podążyła za nim, jakby we śnie.

    Popatrzyła w górę i zobaczyła jasne, błękitne sztuczne niebo. Niespokojnie rzucała się do tyłu, gotowa uciekać, przestraszona otwartą przestrzenią. Sten objął ją ramieniem i uspokoiła się trochę.

    - Przez chwilę wydawało mi się, że upadnę... albo zemdleję. Sten roześmiał się.

    - Przywykniesz do tego.

    - Gdzie jesteśmy?

    - To prywatny obszar wypoczynkowy Głównego Dyrektora Kadr, Gaitsona. Wyjechał dzisiaj na dwudniowy program rekrutacyjny na innych planetach.

    - Skąd wiesz?

    - Bawiłem się komputerem. Jestem w tym coraz lepszy, jeśli mogę tak o sobie powiedzieć.

    Bet czuła zdziwienie. To było miłe, ale... rozejrzała się dookoła...

    - Co będziemy zabierać?

    - Nie będziemy niczego zabierać. Mamy wakacje.

    - Wakacje? To znaczy...

    - Przez dwa dni nie będziemy robić nic, poza cieszeniem się każdą rzeczą, w jaką Gaitson zaopatrzył to miejsce. Będziemy jeść to, co najlepsze, pić to, co najlepsze, i bawić się. Bez wypraw. Bez strażników. Bez strachu.

    Sten zaprowadził ją do jeziora. zdjął ubranie i powoli wszedł do wody.

    - A w tej chwili biorę kąpiel.

    Wszedł trochę dalej. Bet patrzyła, czekając, aż coś się wydarzy. Sten obrócił się i uśmiechnął.

    - I co?

    - Jak to jest?

    - Mokro.

    Bet uśmiechnęła się. Potem zachichotała. A potem roześmiała. Głębokim, dźwięcznym śmiechem. Pełną piersią. Tak, jak zwykła była robić, kiedy była dzieckiem. Przed Żłobkiem. Zupełnie nie jak Buntownik.

    Sięgnęła do zapięcia swojego kombinezonu.







   - Sten?

    - Tak?

    - Nie śpisz?

    - Ummmm... nie.

    - Tak sobie myślałam.

    - No?

    - Nie chcę opuszczać tego miejsca. Długa cisza.

    - Musimy. Niedługo.

    - Wiem o tym. Ale tu jest tak... tak....

    Uciszył ją i przyciągnął bliżej. Otarł łzę z policzka.

    - Ja stąd odejdę - powiedział.

    - Odejdziesz? Co przez to rozumiesz?

    - Opuszczę Vulcan.

    - Ale to niemożliwe.

    - Tak jak i życie, jakie prowadzimy.

    - Ale jak?

    - Nie wiem jeszcze. Ale znajdę sposób. Bet wzięła go za rękę. Przytuliła ją.

    - Weźmiesz mnie ze sobą?

    Sten skinął głową. Potem wziął ją w ramiona i trwali tak przez całą noc.

następny